Stary Moody i pan Fatty
„Stary Moody i pan Fatty Bowles obeszli pień ściętego drzewa pekanowego, opowiadając sobie przy tym jakiś kawał, podali sobie ręce, powiedzieli chórem „Chleb z masłem" i wdrapali się na frontowe schodki. Firanka w frontowym oknie zatrzepotała, jakby dawała im znaki. Spojrzeli po sobie. Twarze ich i ciała rozpłaszczyły się nadając im wygląd rybi. Zaczęli niczym ryby poruszać się po werandzie opływowymi ruchami i rozpłaszczać nosy o szyby okienne. Kucali. Na siedzeniach ich portek ciemniały duże, mokre plamy.
Towarzystwo w komplecie, pomyślał Loch. Dwoje na górze, stara na dole, ci tutaj na werandzie. A na fortepianie tykające pudło... Tuż pod Lochem zaszurał głośno i wyłonił się z krzaków nakrapiany drozd. Dźwigał przed sobą długi, prosty dziób, sterczący niby karabin i wydawał się nie mniej zatroskany i zaaferowany aniżeli ludzie.
Loch wyciągnął przed siebie prawą dłoń i trzymał ją sztywno przed sobą, podczas gdy stara, chwiejąc się niczym anioł papierowy z przedstawienia jasełkowego w klasie panny McGillycuddy, posuwała się powoli naprzód, trzymając zapaloną świecę w niepewnej dłoni. Była to zwykła, kuchenna świeca. Wyjęła ją widocznie z pudełka, w którym pan Holifield przechowywał je na wypadek, gdyby nawaliła elektryczność. Poruszała się tak powoli i trzymała ową zapaloną świecę tak wysoko, że Loch z łatwością potrafiłby strzelić w płomień ze swojej dubeltówki. Zauważył teraz dopiero, że stara ma krótko ostrzyżone śnieżnobiałe włosy, okalające jej głowę niczym aureola. Wyciągnięty na chwiejnej gałęzi, przechylony możliwie najdalej Loch bacznie obserwował twarz starej kobiety. Miała wielkie, błyszczące oczy, brwi gęste i czarne. I niemal nieruchome powieki. Były to prawdziwe sowie oczy.“(5)