Niestety miał rację
„Niestety, miał rację. Mimo męstwa, uporu i poświęcenia ostatnie strzały padły na Czerniakowie 23 września. Resztki skrwawionych batalionów 1 armii Wojska Polskiego z wielkim trudem wróciły na praski brzeg. My zaś ze Śródmieścia, ostrzeliwani bez przerwy z ciężkich i najcięższych środków ogniowych, wiązani uderzeniami Niemców, nie byliśmy w stanie im pomóc. Tym bardziej że już kilka dni wcześniej (o ile dobrze pamiętam, chyba 14 września) zbieżne" natarcia oddziałów RONA od południa i Dirlewangera od północy spotkały się na Książęcej i przecięły połączenie Czerniakowa ze ŚródmieściemPołudnie.
Ale nim dojdzie do tej tragedii, błyśnie nam jeszcze promyk nadziei. Jak sobie przypominam, było to 18 września. Odebrałem właśnie telefonogram od „Lewara", gdy wśród odgłosów codziennej strzelaniny wprawnym uchem wychwyciłem nowy dźwięk. Jakiś daleki, głęboki pomruk, głośniejszy z każdą chwilą. Już wiem — grają setki lotniczych silników. Jakaś potężna flota powietrzna zbliża się do Warszawy. Wypadłem na dach. Jest tam już kilku ludzi. Na sąsiednich domach również całe grupy obserwatorów. Wszyscy zadzierają głowy w górę.
Daleki pomruk przeradza się w ogłuszający huk. Widać już samoloty. Lecą ogromnie wysoko. Cała chmura stalowych olbrzymów. To amerykańskie czterosilnikowe „latające fortece" (B17). Wydaje mi się, że musi być co najmniej setka. Nagle wykwita pod nimi rój spadochronów wolno spływających ku ziemi. Radosne okrzyki — Desant, desant! Nasza brygada spadochronowa leci na pomoc Warszawie!“(2)